Ostre koło - historia, kultura i filozofia

W swoim czasie natknąłem się na sporo wypowiedzi wielkich ludzi z szeroko rozumianej kultury ostrego koła, które zapadły mi w pamięć, ponieważ moim zdaniem i chyba nie tylko moim, świetnie oddają esencję tego czym ta kultura jest. To między innymi ludzie z kolarskiego Mount Everest, wielokrotni łamacze rekordów w jeździe godzinnej, czy imigranci z Karaibów w Nowym Jorku, którzy stali się pierwszymi jeżdżącymi na rowerach torowych kurierami. Postanowiłem więc, że ten wpis i kilka kolejnych oprę właśnie na takich cytatach, od których będziemy robić krótsze lub dłuższe dygresje zagłębiając się w historię ich autorów. Postaram się przybliżyć Wam choć o trochę filozofię, która dla wielu stała się wręcz stylem bycia, a mowa tu o ostrym kole. Dotkniemy jego początków, a tym samym początków roweru. Zahaczymy o kurierkę, czy wyścigi, gdzie dowiemy się, kim byli mi.in., rywalizujący między sobą Chris Boardman i Graeme Obree czy Nelson Veils. I to właśnie słowami Obree chciałbym zakończyć ten przydługawy wstęp: 

„Zawsze możesz dodać coś do roweru, jednak dojdziesz do stanu, w którym nie będziesz mógł nic więcej odjąć, i to właśnie jest  ostre koło”. 

Brzmi ciekawie? Na linię, gotowi, start!



Pozwólcie, że zacznę od faktu, który jest dość wymowny - wolnobieg został wynaleziony u schyłku XIX wieku. Do tego czasu wszystkie rowery były ostrym kołem, lub inaczej - wszystkie koronki były na „ostro”, od pierwszych welocypedów (tak, to ten z kółkiem większym z przodu), które z języka angielskiego nazywane były „boneshakers”, ze względu na ogromny dyskomfort podczas jazdy, do rowerów uczestników pierwszych Tour de France. 

W pierwszych pętlach wokół Francji wszyscy ścigali się na ostrym kole! Było tak do momentu dopuszczenia wolnobiegu w 1907 przez inicjatora Tour de France, Henri’ego Desgrange, dla którego był to kompromis, lub inaczej, wybór mniejszego zła. Desgrange dopuścił wolnobieg, aby nie dopuścić już istniejących i pukających do ostrokołowego Tour de France - przerzutek. Posłuchajcie jakimi słowami skwitował technologiczny postęp, u którego stało całe kolarstwo: 

„Przyklaskuję tej próbie, ale nadal uważam, że zmienne przełożenie jest dla ludzi powyżej czterdziestego piątego roku życia. Czy nie lepiej triumfować siłą mięśni niż fortelowi przerzutki? Stajemy się słabi. Proszę was, przyjaciele, przyznajmy, że próba ta była ciekawym pokazem dla naszych dziadków! Jak dla mnie, dajcie mi ostre koło!”. 

Jak widać już od rowerowego zarania dziejów ostre koło miało swoich zwolenników, którzy byli swojego rodzaju masochistami dla swoich nóg, bo czy wyobrażacie sobie jak musiało wyglądać pokonywanie przełęczy gdzieś w Pirenejach na ostrych kołach tamtych czasów?


 

Jak w pierwszych Tour de France tak i w tzw. wyścigach sześciodniowych kolarze przechodzili mordęgi tak wielkie, że przykuły uwagę samego Ernesta Hemingwaya. Pisał o sześciodniówkach jako o „skoku w podniecającą czystość prędkości”. Żeby zobrazować morderczy wysiłek napiszę, że w 1878 roku, w pierwszym wyścigu sześciodniowym w londyńskim Islington, Billy Cann zwyciężył przejeżdżając 1700 km w 144 godziny na ówczesnym bicyklu. To były wyścigi, w których zawodnicy ścigali się prze sześć dni, śpiąc i jedząc tylko w krótkich przerwach, a nieraz zapadając podczas jazdy w tak głęboki sen, że nawet mocny kontakt z drewnianym torem nie gwarantował pobudki. Zarówno Tour de France jak i wyścigi sześciodniowe przyciągały rzesze fanów, podziwiających pedałujących mężczyzn, dzięki którym, prędkość, czy to na ulicach Francji, torach, czy welodromach, coraz bardziej kojarzona była z ostrym kołem.

Wyobrażacie sobie, że w Mistrzostwach Wielkiej Brytanii do roku 1961 nie wygrano na dystansie 40 km na rowerze z przerzutkami? 

A właśnie takie są fakty. Jeżeli chodzi o Anglię to ma ona sporo wspólnego z ostrokołowym kolarstwem, chociażby dlatego, że brytyjscy kolarze trenowali na ostrym kole w okresie zimy. Jednak z czasem doszli do wniosku, że osłabione zimą nogi, niskie temperatury i ostre koło dają efekt odwrotny od zamierzonego, a dokładniej efekt „wielkanocnego kolana”, które było zmorą kolarzy biorących udział w jeździe na czas. 

W Anglii jazda na czas była bardzo popularna i dostępna dla wszystkich, którzy chcieli spróbować swoich sił. To właśnie tutaj zaczynały takie legendy i miłośnicy ostrego koła jak Chris Boardman, czy Graeme Obree, których późniejsza rywalizacja w jeździe godzinnej na torze przeszła do historii z wieloma złamanym rekordami. Co Boardman i Obree kochali i kochają nadal w ostrym kole dobrze odda tych kilka zdań:

 „To zawsze do mnie przemawiało swoją prostotą i czystością. Rower jest jest o jedną trzecią lżejszy i nie trzeba się wiele zastanawiać. Wszystko sprowadza się do psychologii, musisz skupić się tylko na swoim wysiłku. Żadnych innych decyzji nie musisz podejmować”. C. Boardman

 

„Jeśli decydujesz się na ściganie na ostrym kole, musisz wybrać przełożenie, do którego stajesz się przywiązany. Z przerzutkami zawsze możesz zredukować, tu wcale nie ma poczucia przywiązania”. G. Obree


 

Ci z Was, którzy jeżdżą na ostrym na pewno zgodzą się z powyższymi słowami mistrzów, a tym którzy jeszcze nie próbowali na pewno te słowa sporo wyjaśniają, co my amatorzy ostrego koła w nim widzimy. Za równo Boardman i Obree wskazywali na pewnego rodzaju synergię płynącą z jazdy na ostrym kole,  lepsze czucie roweru i wzajemne rozumienie, którego próżno szukać w rowerach ze zmiennym przełożeniem.

Mówiąc o Boardmanie i Obree nie sposób powiedzieć kilku słów o ich torowych zmaganiach w jeździe godzinnej. Ci dwaj, jeden wykorzystujący doświadczenie, naukę i nowoczesne zaplecze techniczne swojego teamu, drugi o diecie opartej na kanapkach z marmoladą i częściami z pralki w swoim rowerze, stali się tytanami tej kolarskiej dyscypliny. Nie żartuję z tymi częściami. Obree w swoim rowerze „Old Faithful” miał zamontowane w suporcie łożyska z pralki! To właśnie na „Old Faithful” w 1993 roku pobił rekord w jeździe godzinnej pokonując 51 596 m, a o tym rekordzie mówiono  jako o triumfie sztuki nad nauką w kolarstwie. 



Nic dziwnego skoro gość na maszynie częściowo złożonej z AGD dokonuje takich rzeczy. O samej jeździe godzinnej mówił tak: „(..)to uzupełnienie ostrokolizmu, najprostszy możliwy test ludzkich możliwości w kolarstwie… Jedziesz na najprostszym rowerze w najprostszej próbie”. Obree nie cieszył się długo rekordem, gdyż tylko tydzień później podjudzony jego wyczynem, Boardman dołożył do rekordu swojego największego rywala 674 m. Obree nie pozostał obojętny i rok później odebrał mu tytuł. Chłopaki zdali się odpuść na dobre, kiedy to w 1996 roku Chris zaatakował skutecznie Mount Everest jazdy godzinnej.

Dokonał tego przyjmując słynną pozycję „Supermana” i pobił rekord - 56 375 m. „Superman” Boardman’a, należy dodać, wzorowany był na pozycji opracowanej przez Obree’go.



Choć to Boardman triumfował ostatecznie, powyższe osiągnięcia Graeme Obree’go nabierają siły jeżeli powiemy, że były one świętowane jako zwycięstwo zwykłego kolarza, tzw. ”outsidera” wobec elity tej dyscypliny. Tak jak już wspomniałem powyżej, był to triumf serca nad nauką, pewnego rodzaju romantyczne zwycięstwo chłopaka z sąsiedztwa nad największymi tego sportu. Obree nie posiadał ogromnych sponsorów lub opieki ekipy profesjonalistów, to co miał w zamian, to o wiele większą determinacje, zaangażowanie i wytrzymałość. Sam wypracował zarówno unikalną pozycję w jeździe jak i sam zbudował swój rower. To właśnie przez to wszystko Graeme wydaje mi się legendą ostrego koła, kimś kto był tej całej filozofii bardzo bliski.

W kolejnym artykule piszemy o fascynującej kulturze ostrego koła w Japonii i o wyścigach KEIRIN.